Podpisałam dla niego i moich synów. Podpisałam by walczyć dla nich. Gdy przyniesiono kroplówkę z oksytocyną, nie widziałam w niej lekarstwa, w moich oczach to był kwas który w momencie zetknięcia się z moją krwią zacznie siać spustoszenie we mnie, było mi słabo, trzęsłam się i modliłam by to wszystko okazało się być tylko złym snem, że za chwilę obudzę się wtulona w Krzyśka w swoim własnym łóżku. Niestety nic takiego nie nastąpiło, a ja z każdą minutą zdawałam sobie sprawę z realności tej sytuacji. Kiedy podłączono mnie do kroplówki obserwowałam czerwoną ciecz zbliżającą się do mojego ciała, ciecz która lada moment wtargnie w moją żyłę. Kiedy to się stało nie byłam w stanie myśleć o czymkolwiek. Leżałam i wyobrażałam sobie co właśnie ta toksyna robi w moim ciele, gdzie już dotarła i gdzie właśnie się zbliża. Byłam sparaliżowana strachem i od tamtego dnia zawsze gdy byłam czymś przerażona trzęsłam się jakbym była w lodówce, oblewał mnie zimny pot i zęby boleśnie stukały o siebie. Kroplówka leciała aż do późnych godzin nocnych. Zasypiałam i budziłam się by znów usnąć czując dłoń mojego męża na mojej. Zawsze gdy otwierałam oczy widziałam przez mgłę twarz mojego lekarza, który przychodził i sprawdzał co ze mną, słyszałam również przytłumione rozmowy jego i Krzyśka. Mąż był przy mnie od momentu podania kroplówki, aż do jej zakończenia nie odchodząc od mojego łóżka nawet na chwilę. Wciąż siedział, pilnował każdej kropli spadającej w kroplówce i walczył ze mną. Nie wiem czy historią mojego życia jest śmiertelna choroba czy nieśmiertelna miłość.
sobota, 8 czerwca 2013
Dzień moich dwudziestych szóstych urodzin już zawsze będzie też dniem mojej pierwszej chemioterapii. Ten dzień już na zawsze zapamiętam jako mieszankę szczęścia z okazji kolejnych urodzin i strachu, przerażenia jaką daje początek leczenia onkologicznego. Dwa dni wcześniej miałam rocznicę ślubu na którą pozwolono mi opuścić mury szpitala, niestety dziś już takiej szansy nie dostałam. w przeddzień moich urodzin zaczęły się przygotowania do podania wlewu ( chemioterapia zazwyczaj podawana jest w formie kroplówek dożylnych). Już wieczorem nafaszerowana zostałam tabletkami przygotowawczymi do leczenia przewidzianego dla mnie. Nie spałam pół nocy, byłam przerażona tym co przyniesie mi kolejny dzień, z obrazami jak z filmów, włosami wypadającymi całymi garściami. Ranek nie był lepszy siedziałam na szpitalnym łóżku bojąc się odezwać, zrobić jakikolwiek ruch.Myślałam sobie, że jeśli nikt mnie nie zauważy odwlokę nieuniknione. Siedziałam i czekałam a ludzie obok mnie się zmieniali. Salowe, pielęgniarki, lekarze... tylko ja wciąż w tym samym miejscu. Każdy ruch drzwi mojej sali przyprawiał mnie o gęsią skórkę, że to już. Że niosą moją truciznę. Tak, to była trucizna. Mimo, że zabijała raka, który rósł w moim ciele, miała również zabić wszystkie pozostałe komórki. Utwierdziło mnie w tym przekonaniu pozwolenie na leczenie jakie miałam zacząć z wymienionymi wszystkimi skutkami ubocznymi i ryzykiem jakie ze sobą niesie. To nie była krótka lista, od wysadzonych narządów w moim ciele mogło zakończyć się również śmiercią. Mój organizm mógł nie wytrzymać leczenia. Czytając kartkę którą dano mi do podpisania płakałam, czując się jak w potrzasku. Nie miałam większego wyboru. Mogłam nie podpisywać niczego i wrócić do domu, próbując dożyć końca roku, bądź podpisać z zamkniętymi oczyma i modlić się by skutki leczenia nie spotkały mnie tak dotkliwie jak straszą i modlić się o wygraną z chorobą. Podpisywanie trwało dłużej niż przewidywali, jestem dość uparta i bicie z własnymi myślami trwało wieczność miałam uczucie jakbym podejmowała decyzję o własne życie - tak też było... Jeszcze wtedy nie sądziłam jak wiele dokumentów odnośnie mojej choroby będę musiała podpisać. Nie wiem co bym zrobiła, czy nie uciekłabym wtedy w samej pidżamie, ale Krzysiek który nie opuszczał mnie nawet na krok wziął mnie za rękę i powiedział, abym się nie bała, że przejdziemy przez to razem. Widziałam w jego oczach strach ale i wiarę w to, że wygramy, że nam się uda przez to przejść.
Podpisałam dla niego i moich synów. Podpisałam by walczyć dla nich. Gdy przyniesiono kroplówkę z oksytocyną, nie widziałam w niej lekarstwa, w moich oczach to był kwas który w momencie zetknięcia się z moją krwią zacznie siać spustoszenie we mnie, było mi słabo, trzęsłam się i modliłam by to wszystko okazało się być tylko złym snem, że za chwilę obudzę się wtulona w Krzyśka w swoim własnym łóżku. Niestety nic takiego nie nastąpiło, a ja z każdą minutą zdawałam sobie sprawę z realności tej sytuacji. Kiedy podłączono mnie do kroplówki obserwowałam czerwoną ciecz zbliżającą się do mojego ciała, ciecz która lada moment wtargnie w moją żyłę. Kiedy to się stało nie byłam w stanie myśleć o czymkolwiek. Leżałam i wyobrażałam sobie co właśnie ta toksyna robi w moim ciele, gdzie już dotarła i gdzie właśnie się zbliża. Byłam sparaliżowana strachem i od tamtego dnia zawsze gdy byłam czymś przerażona trzęsłam się jakbym była w lodówce, oblewał mnie zimny pot i zęby boleśnie stukały o siebie. Kroplówka leciała aż do późnych godzin nocnych. Zasypiałam i budziłam się by znów usnąć czując dłoń mojego męża na mojej. Zawsze gdy otwierałam oczy widziałam przez mgłę twarz mojego lekarza, który przychodził i sprawdzał co ze mną, słyszałam również przytłumione rozmowy jego i Krzyśka. Mąż był przy mnie od momentu podania kroplówki, aż do jej zakończenia nie odchodząc od mojego łóżka nawet na chwilę. Wciąż siedział, pilnował każdej kropli spadającej w kroplówce i walczył ze mną. Nie wiem czy historią mojego życia jest śmiertelna choroba czy nieśmiertelna miłość.
Podpisałam dla niego i moich synów. Podpisałam by walczyć dla nich. Gdy przyniesiono kroplówkę z oksytocyną, nie widziałam w niej lekarstwa, w moich oczach to był kwas który w momencie zetknięcia się z moją krwią zacznie siać spustoszenie we mnie, było mi słabo, trzęsłam się i modliłam by to wszystko okazało się być tylko złym snem, że za chwilę obudzę się wtulona w Krzyśka w swoim własnym łóżku. Niestety nic takiego nie nastąpiło, a ja z każdą minutą zdawałam sobie sprawę z realności tej sytuacji. Kiedy podłączono mnie do kroplówki obserwowałam czerwoną ciecz zbliżającą się do mojego ciała, ciecz która lada moment wtargnie w moją żyłę. Kiedy to się stało nie byłam w stanie myśleć o czymkolwiek. Leżałam i wyobrażałam sobie co właśnie ta toksyna robi w moim ciele, gdzie już dotarła i gdzie właśnie się zbliża. Byłam sparaliżowana strachem i od tamtego dnia zawsze gdy byłam czymś przerażona trzęsłam się jakbym była w lodówce, oblewał mnie zimny pot i zęby boleśnie stukały o siebie. Kroplówka leciała aż do późnych godzin nocnych. Zasypiałam i budziłam się by znów usnąć czując dłoń mojego męża na mojej. Zawsze gdy otwierałam oczy widziałam przez mgłę twarz mojego lekarza, który przychodził i sprawdzał co ze mną, słyszałam również przytłumione rozmowy jego i Krzyśka. Mąż był przy mnie od momentu podania kroplówki, aż do jej zakończenia nie odchodząc od mojego łóżka nawet na chwilę. Wciąż siedział, pilnował każdej kropli spadającej w kroplówce i walczył ze mną. Nie wiem czy historią mojego życia jest śmiertelna choroba czy nieśmiertelna miłość.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz