środa, 8 października 2014

Dzień operacji

        Już od rana byłam przygotowywana na operację. Nic już nie jadłam, dostałam jakieś leki po których powinnam chyba spać albo się wyciszyć - bynajmniej tak reagowały pacjentki, które widziałam już w styczniu, kiedy trafiłam na ten oddział, jak i te które miały mieć operację tego samego dnia. Na mnie nie podziałały... wciąż byłam poddenerwowana i niespokojna, reagowałam na każde otwieranie drzwi sali, każdy głos i każdą pielęgniarkę. Z jednaj strony chciałam już iść i mieć to za sobą, a jednocześnie cieszyłam, że to jeszcze nie pora na mnie. Myślę, że gdyby nie obecność mojego męża i taty, chyba był zwariowała. Mimo, że widziałam w ich oczach strach, starali się pokazać mi, że nie ma się czego bać. Kiedy przyszła na mnie pora nie byłam gotowa, myślę, że nie byłabym na nią gotowa nigdy. Nie uciekłam stamtąd tylko dlatego, bo miałam świadomość, że bez operacji umrę jeszcze w tym roku, a tak zyskam na czasie. A wierzyłam nawet w długie życie i w tę staruszkę z ukochanym mężem siedzącą na ganku swojego domu z kubkiem gorącej herbaty i obserwującą bawiące się wnuki w ogrodzie. Musiało tak być więc operacja musiała się udać. Na stół operacyjny weszłam grzecznie sama, porozmawiałam jeszcze z lekarzami dodając otuchy bardziej im niż sobie. Chciałam im strasznie dużo powiedzieć, i gdy przyszło do nałożenia maski z narkozą, nie chciałam dać jej sobie nałożyć bo nie skończyłam mówić mimo, że chwilę wcześniej na pytanie czy jestem gotowa odpowiedziałam, że tak. Zanim zasnęłam, pamiętam tylko zapach środka usypiającego, który mi się nie spodobał, musiałam nabrać głęboko powietrza, ale ten zapach mnie strasznie dusił co mnie przeraziło. Później zasnęłam.Nie wiem czy mi się coś śniło przez ten czas - nie pamiętam tego. Kolejna rzecz jaką pamiętam to moment wyciągania rurki z gardła. To było przez sen. Bardziej nie obraz, bo tego nie miałam tylko uczucie. Dusiłam się, jakbym była pod wodą, a później jakbym przez bolące gardło nabierała powietrza. Kolejny obraz jaki pamiętam to moment przebudzenia się i kochaną twarz pochyloną nade mną i słowa :" Cześć Słonko". To jako potwierdzenie,że żyje było wystarczające. 
     Kiedy już na dobre oprzytomniałam zauważyłam, że mam na klatce piersiowej położone coś jakby poduszka, ale płaska i ciężka, którą niedługo później mi zdjęli. Za to została rurka wsadzona mi ciało odprowadzająca chłonkę. Miałam usunięte węzły chłonne więc chłonkę trzeba było odprowadzać na zewnątrz, co mną wstrząsnęło. Widok nie był zachęcający. A co do chłonki i węzłów chłonnych przyznam się szczerze, że do dziś nie wiem jakie mają zadanie... 
Cały dzień w większości przespałam. W międzyczasie wyjęta została rurka zbierająca chłonkę, bo okazało się mam jej na tyle mało, że można odciągać ją codziennie strzykawką, więc nie musiałam się męczyć z czym wystającym z mojego ciała, co było dla mnie ciężkie do zaakceptowania. Pod wieczór zaczęła mnie boleć klatka piersiowa, operowane miejsce zaczęło mi doskwierać. Oczywiście ja byłam dzielna, no ba, musiałam pokazać dla Krzyśka, że jestem bardzo odważna, niezniszczalna i, że operacja nie zrobiła na mnie wrażenia. Ale chyba miałam szczęście, że aż tak dobrze mnie zna i umie ze mnie czytać emocje - do dziś potrafi mnie rozszyfrować - gdyby wtedy nie potrafił tego, noc miałabym ciężką, bo sama nie poprosiłabym o nic przeciwbólowego. Poszedł powiedzieć dla lekarza, że mnie boli na co zareagowali bardzo szybko, mimo, że ból nie był aż taki straszny. Bolało, to fakt, ale z bólu bym nie umarła... dostałam morfinę - nawet nie wiedziałam, że szpitale coś takiego mają! Od momentu wstrzyknięcia do działania minęła zaledwie chwilka. Zaczęłam być ciężka, nie mogłam ruszyć palcami po były z ołowiu, usta też jakby nie były moje i zaczęło mi się chcieć strasznie spać. Mimo, że nie mogłam otworzyć oczu i ruszyć się to jeszcze słyszałam rozmowę Krzyśka i lekarza, który mówił, że prześpię całą noc. Tak też się stało.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz