środa, 15 maja 2013

Biopsja



          Gabinet biopsji był na drugim końcu miasta, a że był to początek stycznia i wszystko pokryte było śniegiem miałam wrażenie, że zostałam wywieziona na koniec świata. Przychodnia była pusta, cicha i zimna. Wąskie korytarze i gabinet. Lekarze - małżeństwo jakoś nie bardzo tu pasowali, ciepli i sympatyczni. sprawili, że badanie nie było tak straszne i nawet tak nie bolało jak świadomość wbijania igły w pierś. Najgorsze chyba było czekanie na wyniki.

Miał być po godzinie. Sebastian był u dziadków, moje sześciomiesięczne maleństwo jeździło z nami by mieć blisko „cycusia“ gdy tylko zgłodnieje. W ten sposób minęła nam ta nieszczęsna godzina - na przewinięciu i nakarmieniu malutkiego głodomorka.
          Kiedy zajechaliśmy z mężem pod przychodnię na zewnątrz było już ciemno. Kacperek smacznie spał w nosidełku, więc Krzysiek poszedł sam po wynik, a kiedy wrócił i powiedział, że muszę iść po niego osobiście nogi mi się ugięły i już wtedy wiedziałam, że nie jest w porządku. Na miejscu musiałam mieć kolejną biopsję tym razem pod pachą z węzłów chłonnych. Gdy po badaniu pani doktor kazała nam usiąść i powiedziała, że w piersi mam nowotwór złośliwy wielkości 6-8cm i do jutra poczekamy na wynik z węzłów chłonnym, nie wpadłam w histerię, nie krzyczałam. Nie byłam w stanie nic powiedzieć, wydusić ani słowa. Patrzyłam przed siebie a łzy spływały mi po policzkach. W tej właśnie chwili świat przestał istnieć, nagle wszystko przestało mieć jakiekolwiek znaczenie. Pierwszy raz w swoim dwudziestosześcioletnim życiu nie myślałam nic, zupełnie nic. Pierwszy raz miałam w głowie pustkę i ani jednej myśli tylko przerażający obraz mojego ciała w trumnie, dokładnie ułożonego w ślicznej sukience, ustami zaciśniętymi drutem i splecionymi dłońmi. Nagle nie ma już przyszłości z wnukami, starością i reumatyzmem, nie ma kolejnych wakacji, nie ma nic. Kiedy Krzysiek wziął mnie za rękę i powiedział „ nie płacz Słonko“, a pani doktor odpowiedziała mu „pani ma prawo płakać, też bym płakała gdybym usłyszała, że mam raka“ , nie wiedziałam czy mam być zła na niego, że w takiej sytuacji zabrania mi płaczu, czy na nią, że nie potrafi zrozumieć, że on też cierpi, że na swój sposób jest przerażony może bardziej ode mnie. Może to właśnie jest powód dla którego nikt nie powinien tak mocno kochać drugiej osoby, by nie musiała zmagać się ze świadomością, że może ją stracić. Więc czy lepiej jest żyć bez miłości, albo tkwić w toksycznym związku? 
         




W tej chwili przypomina mi się cytat z serialu który oglądałam, gdy bohater stojąc u boku umierającej ukochanej mówi: 

"łatwiej jest być tym kto umiera, niż tym kto zostaje...".

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz