Gabinet
biopsji był na drugim końcu miasta, a że był to początek
stycznia i wszystko pokryte było śniegiem miałam wrażenie, że
zostałam wywieziona na koniec świata. Przychodnia była pusta,
cicha i zimna. Wąskie korytarze i gabinet. Lekarze - małżeństwo
jakoś nie bardzo tu pasowali, ciepli i sympatyczni. sprawili, że
badanie nie było tak straszne i nawet tak nie bolało jak świadomość
wbijania igły w pierś. Najgorsze chyba było czekanie na wyniki.
Miał być po godzinie. Sebastian był u dziadków, moje sześciomiesięczne maleństwo jeździło z nami by mieć blisko „cycusia“ gdy tylko zgłodnieje. W ten sposób minęła nam ta nieszczęsna godzina - na przewinięciu i nakarmieniu malutkiego głodomorka.
Miał być po godzinie. Sebastian był u dziadków, moje sześciomiesięczne maleństwo jeździło z nami by mieć blisko „cycusia“ gdy tylko zgłodnieje. W ten sposób minęła nam ta nieszczęsna godzina - na przewinięciu i nakarmieniu malutkiego głodomorka.
Kiedy zajechaliśmy z mężem pod przychodnię na
zewnątrz było już ciemno. Kacperek smacznie spał w nosidełku,
więc Krzysiek poszedł sam po wynik, a kiedy wrócił i powiedział,
że muszę iść po niego osobiście nogi mi się ugięły i już
wtedy wiedziałam, że nie jest w porządku. Na miejscu musiałam
mieć kolejną biopsję tym razem pod pachą z węzłów chłonnych.
Gdy po badaniu pani doktor kazała nam usiąść i powiedziała, że
w piersi mam nowotwór złośliwy wielkości 6-8cm i do jutra
poczekamy na wynik z węzłów chłonnym, nie wpadłam w histerię,
nie krzyczałam. Nie byłam w stanie nic powiedzieć, wydusić ani
słowa. Patrzyłam przed siebie a łzy spływały mi po policzkach. W
tej właśnie chwili świat przestał istnieć, nagle wszystko
przestało mieć jakiekolwiek znaczenie. Pierwszy raz w swoim
dwudziestosześcioletnim życiu nie myślałam nic, zupełnie nic.
Pierwszy raz miałam w głowie pustkę i ani jednej myśli tylko
przerażający obraz mojego ciała w trumnie, dokładnie ułożonego
w ślicznej sukience, ustami zaciśniętymi drutem i splecionymi
dłońmi. Nagle nie ma już przyszłości z wnukami, starością i
reumatyzmem, nie ma kolejnych wakacji, nie ma nic. Kiedy Krzysiek
wziął mnie za rękę i powiedział „ nie płacz Słonko“, a
pani doktor odpowiedziała mu „pani ma prawo płakać, też bym
płakała gdybym usłyszała, że mam raka“ , nie wiedziałam czy
mam być zła na niego, że w takiej sytuacji zabrania mi płaczu,
czy na nią, że nie potrafi zrozumieć, że on też cierpi, że na
swój sposób jest przerażony może bardziej ode mnie. Może to
właśnie jest powód dla którego nikt nie powinien tak mocno kochać
drugiej osoby, by nie musiała zmagać się ze świadomością, że
może ją stracić. Więc czy lepiej jest żyć bez miłości, albo
tkwić w toksycznym związku?
W tej chwili przypomina mi się cytat z serialu który oglądałam, gdy bohater stojąc u boku umierającej ukochanej mówi:
"łatwiej jest być tym kto umiera, niż tym kto zostaje...".
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz