Na chirurgii onkologicznej położyli mnie na sali ośmioosobowej. Wśród kobiet po operacji i czekających na nią. Moje łóżko było na samym końcu, w samym rogu sali, a ja zagubiona w samym środku piekła, słuchając o tym kto już umarł, jak może być strasznie w tej chorobie. Przez kolejny dzień nie usłyszałam ani razu, że ludzie też z tego wychodzą, że z nowotworem też da się żyć. Leżałam, płakałam i błagałam Boga by już nie słyszeć, by te rozmowy wreszcie ucichły. Nie ucichły a pacjentki zabierane na operację, wracały wiezione na łóżkach. Blade, półprzytomne, obolałe. Za każdym razem, gdy przychodził do mnie ktoś z personelu bałam się oddychać ze strachu. Bałam się, że chcą mnie zabrać na operację. Wizytę Pani doktor z oddziału chemioterapii traktowałam jak chwilową amnestię przed cięciem, a jednocześnie rozkaz skoczenia w inną przepaść. Nie wiedziałam już pozytywów i nie potrafiłam powiedzieć co jest gorsze. Bałam się wszystkiego w równym stopniu, byłam jak mysz w laboratorium.
Ze względu na duże rozmiary mojego raka - nie miałam nigdy problemów na nazywanie rzeczy po imieniu, nie widziałam sensu w nazywaniu go bezpłciowo, on był, nie ważne jak bym go nazwała - zdecydowano o wcześniejszym podaniu mi chemioterapii, by sprawdzić jego reakcję na tę metodę leczenia. Na oddziale chirurgii czekał mnie już tylko jeden zabieg - biopsja gruboigłowa.
W niczym nie przypominała cienkoigłowej, może oprócz pobrania wycinku komórek nowotworowych do badania. Zabrana zostałam na salę operacyjną i położona rozebrana od pasa w górę na stole operacyjnym. Nie raz miałam ochotę płakać, że tak często zostaję okradziona z poczucia godności, że w całym swoim życiu nie rozbierałam się przed obcymi tak jak robiłam to od miesiąca. Nie została uśpiona, nie dostałam „Głupiego Jasia“. Znieczulenie w pierś, jedna ręka nad głowę, druga wzdłuż ciała i pielęgniarka podająca lekarzowi coś co w niczym nie przypominało igły. Wyglądało to jak długa rurka grubości palca, która za sekundę miało wbić się w moje ciało i wbiła się. Bolało. W jednej chwili świat mi zawirował, powietrze jakby zgęstniało, nie chciało docierać do moich płuc i pielęgniarka klepiąca mnie po policzku. Nie wiem co się działo na sali, mimo że nie zemdlałam. Miałam wrażenie, że staczam się w przepaść. Kozetka na, której leżałam nagle znikła, byłam tylko ja w nicości. Słyszałam głos lekarza krzyczącego na pielęgniarkę, że podała mu "igłę" tuż nad moją głową. Nagle zrobiło mi się strasznie wstyd, że z mojej winy na nią nakrzyczał - chciałam jej bronić, przeprosić, ale nie byłam w stanie...
Kiedy doszłam do siebie już na sali oddziałowej, całą klatkę piersiową miałam zabandażowaną a pierś bolała mnie jakby rozrywana od środka. Kiedy Krzysiek przeszedł nie byłam w stanie nawet z nim rozmawiać, moje emocje gotowały się we mnie. Przerażenie, ból, strach przeplatały się ze smutkiem i poczuciem bezradności na to co dzieje się z moim ciałem. Cierpiałam, że nie mogę się nawet bronić. Przez łzy, zaciskając zęby z bólu poprosiłam by poszedł, by dał mi odpocząć, że chcę być sama. Serce mi pękało na milion części, nie miała sił już walczyć ze światem o siebie, zanim jeszcze do tej walki doszło. W jednej chwili dotarło do mnie, że ból jakiego doznałam dziś, powróci do mnie nie raz, że nawiedzi mnie po operacji, przy kolejnych badaniach i całym onkologicznym leczeniu. Wiem jak bardzo był przygnębiony całą tą sytuacją, ale uszanował mnie i moją prośbę. Za to następnego dnia, kiedy już się wyspałam usłyszałam od jednej z pacjentek jakim jestem złym człowiekiem. A czemu? Pani nie mogła zrozumieć jak mogę obarczać swoją osobą innych. Jak mogę mówić mężowi, że mnie coś boli, że płaczę koło niego. Jak mogłam tak odesłać go do domu - cierpiącego. Według tej pani po przywiezieniu mnie na izbę przyjęć mąż powinien przyjechać dopiero by mnie odebrać, że męczę go swoją chorobą, bo ona to nikomu z rodziny nawet nie powiedziała o nowotworze. Jaki z tego morał wyciągnęłam Nie, nie taki, że nowotwór jest tematem tabu, że człowiek chory powinien się odizolować od bliskich, cierpieć w samotności i najprawdopodobniej też w samotności umrzeć.
Morał dla mnie był taki by, uważać na ludzi, którzy zazdroszczą Ci tego, iż masz przy sobie kogoś kto Cię trzyma za rękę, kogoś kto składając przysięgę, że będzie przy tobie w zdrowiu i w chorobie, słowa dotrzymał...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz