czwartek, 9 kwietnia 2015

To nadal ja, mimo że mnie mniej

                 Nie jestem nieśmiertelna. Nie jestem też silna. Wierzymy, że tak dopuki nie zaczynamy spadać w dół i zdajemy sobie sprawę, że tak nie jest. Silny człowiek niczego się nie boi, nie ma chwil zwątpienia, wierzy w swoją wyjątkowość i w to, że gdy przyjdzie koniec świata on będzie jedynym ocalałym. 
          Nie jestem wyjątkowa. Nie jestem silna. Czasem jestem zimna jak lód, a chwilę później serce mi płonie ze strachu. Czy wiedząc co jest po śmierci umieranie nie było by aż tak przerażające? Czy balibyśmy się mniej i szli na stracenie z podniesioną głową? Widząc staruszków z laską u boku płaczę, bo też chcę być kiedyś jak oni. Chcę mieć przywilej zestarzenia się, twarzy pokrytej zmarszczkami. A kiedy przyjdzie dzień mojej śmierci, nawet o tym nie wiedząc pozbawiona pamięci i większego kontaktu z rzeczywistością...

          Dzień po operacji boli już mniej. Niestety dusza krzyczy, ale nikt jej nie słyszy. Mam zabandażowaną klatkę piersiową, ale wiem, że to co zobaczę pod spodem złamie mi serce. Wiem, że już nic nie będzie takie samo, że teraz jestem inna. Mój przypadek nie pozwalał na jednoczesną rekonstrukcję, ale to wiedziałam od początku. Nie spodziewałam się niczego innego. To był dziwny dzień, było mi strasznie smutno. Mimo, że chciałam po prostu rozpłakać się i krzyczeć dopóki starczy mi sił, ale nie zrobiłam tego. Nie umiałam. Cały dzień leżałam z tzw klinem pod ręką - to poduszka w kształce sera - ułatwia przepływ limfy i zapobiega obrzękowi ręki . Po południu przyszła rehabilitantka wytłumaczyć mi co teraz muszę robić aby do tego obrzęku nie doszło. Z każdem jej słowem zaczynamał rozumieć, że mastektomia w porównaniu z wyciętymi węzłami chłonnymi to tak naprawdę nic. Wycięto mi wszystkie węzły chłonne pachowe po stronie operowanej, w których miałam cztery guzki co bardzo utrudnia przepływ limfy. Rękę muszę ćwiczyć już do końca życia codziennie. Nie mogę nosić uciskających ubrań, bransoletek, pierścionów po tej stronie. Ogólnie ręki nie mogę przemęczać i nie dźwigać nic powyżej kilograma. Muszę uważać na oparzenia, ukąszenia i skaleczenia. Spanie pozostaje mi albo na lewym boku albo na plecach. Nie mogę jej uciskać przez dłuższy czas, pilnować aby nie pobierano mi z tej ręki krwi , nie mierzono ciśnienia.
Nie mogę!
Nie mogę!
Nie mogę!

Wieczorem pielęgniarki zdjęły mi bandaż elastyczny, którym była owinięta moja klatka piersiowa i został tylko opatrunek na szwach. Kiedy zmieniano opatrunek na czysty nie mogłam spojrzeć , nie chciałam i najzwyczajniej w świecie się bałam. Dostałam również pozwolenie na prysznic.
        Poszłam dopiero kiedy oddział opustoszał, pacjentki przygotowywały się do snu. Nie chciałam iśc wcześniej chyba po prostu ze wstydu, że ktoś zobaczy mnie taką niekompletną. Drzwi kabiny nie były zamykane na żadne zasuwy ze względu na bezpieczeństwo pacjentek.
Bardzo długo zbierałam się aby wstać, a kiedy już mi się to udało poszłam przez ciemny już korytarz na koniec oddziału gdzie łazienka się znajdowała. Myślę, że byłam dzielna, ale do czasu kiedy nie stanęłam przed lusterkiem w kabinie bez koszuli. Kiedy nie zobaczyłam opatrunku na zupełnie płaskiej skórze, kiedy nie dotknęłam miejsca gdzie kiedyś miałam pierś. Nie płakałam to tylko łzy nie znalazły już miejsca w moich oczach i teraz wydostawały się na zewnątrz jedna za drugą. 
Prysznic przypominał mi scenę z filmu kiedy aktorka siedzi pod prysznicem i szlocha obmywana wodą. Chciałabym aby była to scena z filmu, ale w tej chwili to było prawdą. Coś we mnie pękło. Nie podobało mi się to co zobaczyłam, czułam się wybrakowana, niekompletna i nic nie mogłam z tym zrobić. Już dawno straciłam wiarę na obudzenie się we własnym łóżku i stwierdzenie że to był tylko zły sen. Wiedziałam że to wszystko dzieje się na prawdę i ból jaki czuję jest realny. Jest prawdziwy. Wiedziałam, że zaraz będę musiała wytrzeć te niedoskonałe ciało , ubrać się i iść dalej walczyć o swoje życie. 

     Przez kilka dni walczyłam z przykurczem mięśni ręki, której praktycznie nie byłam w stanie ruszyć i rehabilitacja sprawiała mi ból. Miałam ochotę parę razy rzucić w rehabilitantkę poduszką aby dała mi spokój ale ona dzielnie walczyła z moją ręką, którą doprowadziła do sprawności.


środa, 8 października 2014

Dzień operacji

        Już od rana byłam przygotowywana na operację. Nic już nie jadłam, dostałam jakieś leki po których powinnam chyba spać albo się wyciszyć - bynajmniej tak reagowały pacjentki, które widziałam już w styczniu, kiedy trafiłam na ten oddział, jak i te które miały mieć operację tego samego dnia. Na mnie nie podziałały... wciąż byłam poddenerwowana i niespokojna, reagowałam na każde otwieranie drzwi sali, każdy głos i każdą pielęgniarkę. Z jednaj strony chciałam już iść i mieć to za sobą, a jednocześnie cieszyłam, że to jeszcze nie pora na mnie. Myślę, że gdyby nie obecność mojego męża i taty, chyba był zwariowała. Mimo, że widziałam w ich oczach strach, starali się pokazać mi, że nie ma się czego bać. Kiedy przyszła na mnie pora nie byłam gotowa, myślę, że nie byłabym na nią gotowa nigdy. Nie uciekłam stamtąd tylko dlatego, bo miałam świadomość, że bez operacji umrę jeszcze w tym roku, a tak zyskam na czasie. A wierzyłam nawet w długie życie i w tę staruszkę z ukochanym mężem siedzącą na ganku swojego domu z kubkiem gorącej herbaty i obserwującą bawiące się wnuki w ogrodzie. Musiało tak być więc operacja musiała się udać. Na stół operacyjny weszłam grzecznie sama, porozmawiałam jeszcze z lekarzami dodając otuchy bardziej im niż sobie. Chciałam im strasznie dużo powiedzieć, i gdy przyszło do nałożenia maski z narkozą, nie chciałam dać jej sobie nałożyć bo nie skończyłam mówić mimo, że chwilę wcześniej na pytanie czy jestem gotowa odpowiedziałam, że tak. Zanim zasnęłam, pamiętam tylko zapach środka usypiającego, który mi się nie spodobał, musiałam nabrać głęboko powietrza, ale ten zapach mnie strasznie dusił co mnie przeraziło. Później zasnęłam.Nie wiem czy mi się coś śniło przez ten czas - nie pamiętam tego. Kolejna rzecz jaką pamiętam to moment wyciągania rurki z gardła. To było przez sen. Bardziej nie obraz, bo tego nie miałam tylko uczucie. Dusiłam się, jakbym była pod wodą, a później jakbym przez bolące gardło nabierała powietrza. Kolejny obraz jaki pamiętam to moment przebudzenia się i kochaną twarz pochyloną nade mną i słowa :" Cześć Słonko". To jako potwierdzenie,że żyje było wystarczające. 
     Kiedy już na dobre oprzytomniałam zauważyłam, że mam na klatce piersiowej położone coś jakby poduszka, ale płaska i ciężka, którą niedługo później mi zdjęli. Za to została rurka wsadzona mi ciało odprowadzająca chłonkę. Miałam usunięte węzły chłonne więc chłonkę trzeba było odprowadzać na zewnątrz, co mną wstrząsnęło. Widok nie był zachęcający. A co do chłonki i węzłów chłonnych przyznam się szczerze, że do dziś nie wiem jakie mają zadanie... 
Cały dzień w większości przespałam. W międzyczasie wyjęta została rurka zbierająca chłonkę, bo okazało się mam jej na tyle mało, że można odciągać ją codziennie strzykawką, więc nie musiałam się męczyć z czym wystającym z mojego ciała, co było dla mnie ciężkie do zaakceptowania. Pod wieczór zaczęła mnie boleć klatka piersiowa, operowane miejsce zaczęło mi doskwierać. Oczywiście ja byłam dzielna, no ba, musiałam pokazać dla Krzyśka, że jestem bardzo odważna, niezniszczalna i, że operacja nie zrobiła na mnie wrażenia. Ale chyba miałam szczęście, że aż tak dobrze mnie zna i umie ze mnie czytać emocje - do dziś potrafi mnie rozszyfrować - gdyby wtedy nie potrafił tego, noc miałabym ciężką, bo sama nie poprosiłabym o nic przeciwbólowego. Poszedł powiedzieć dla lekarza, że mnie boli na co zareagowali bardzo szybko, mimo, że ból nie był aż taki straszny. Bolało, to fakt, ale z bólu bym nie umarła... dostałam morfinę - nawet nie wiedziałam, że szpitale coś takiego mają! Od momentu wstrzyknięcia do działania minęła zaledwie chwilka. Zaczęłam być ciężka, nie mogłam ruszyć palcami po były z ołowiu, usta też jakby nie były moje i zaczęło mi się chcieć strasznie spać. Mimo, że nie mogłam otworzyć oczu i ruszyć się to jeszcze słyszałam rozmowę Krzyśka i lekarza, który mówił, że prześpię całą noc. Tak też się stało.





piątek, 25 kwietnia 2014

   


W dniu kiedy wróciłam na oddział chemioterapii na kolejny wlew, wlewu nie dostałam... 

    Po badaniu lekarskim - sprawdzana była reakcja guza na podane cytostatyki - okazało się, że zaczął się zmniejszać, przyszedł do mnie na salę ordynator oddziału chirurgii onkologicznej razem z panią ordynator oddziału na którym akurat byłam. Stanęli nade mną i rozmawiali między sobą, a ja jak małe wystraszone dziecko patrzyłam to na jedno to na drugie nie wiedząc co się za chwilę stanie. Nie wiedząc czy jest dobrze czy wręcz przeciwnie. Po długiej debacie nad moim łóżkiem dowiedziałam się, że muszę spakować swoje rzeczy i czekać na pielęgniarkę która zaprowadzi mnie na oddział, którego tak bardzo się bałam... Na oddział chirurgii. To dziwne uczucie, kiedy z jednego miejsca wzbudzającego strach trafiasz w inne tak samo przerażające. Nie lepsze, ale i nie gorsze... Tak jak bardzo bałam się podawania chemioterapii tak bardzo bałam się i operacji.
        
    Czekałam na mastektomię - zmorę wszystkich kobiet. Popadałam ze skrajności w skrajność. W jednej chwili trzęsłam się ze strachu, by chwilę później podnieść wysoko głowę gotowa stawić czoła całemu światu. Gotowa stawić czoła chorobie jaka mi przypadła w losie... Najgorzej było kiedy zaczynałam się bać, że ja już z tego nie wyjdę, kiedy zaczynałam się bać, że to leczenie może nie mieć sensu. Pomału docierało do mnie, że operacji nie uniknę, będzie to co ma być. Przed operacją leżałam na sali czteroosobowej z trzema bardzo ciepłymi kobietami, które widząc jak bardzo potrzebuję tylko swojego towarzystwa uszanowały to, za co byłam im ogromnie wdzięczna. Miałam w głowie straszny mętlik... Miałam milion myśli, za którymi sama nie nadążałam. Miałam w głowie milion pytań na które nie potrafiłam sobie odpowiedzieć.
 W przeddzień operacji, podpisywałam mnóstwo papierów, wypełniałam ankiety i z każdą sekundą bałam się coraz bardziej. Nigdy nie lubiłam narkozy, kojarzyła mi się zawsze ze śmiercią i rosyjską ruletką - obudzę się lub nie. Dzisiaj dawkę leku sprawdza się bardzo dokładnie dla każdego pacjenta. Pod uwagę brane jest wiele czynników, by narkoza była jak najbardziej bezpieczna. Ta wiedza niewiele mi dała, bałam się tak samo jak przed zdobyciem tej wiedzy.
     Dzień powoli dobiegał końca, oddział powoli przygotowywał się do snu. Z każdą minutą robiło się coraz ciszej na korytarzu i w sali na której byłam. Dopiero, gdy zrobiło się już zupełnie cicho zdecydował się iść do łazienki. Było mi strasznie smutno, ale nie płakałam, nie mogłam... Pod prysznicem złapałam się za pierś i poczułam jak moje serce pęka z bólu, jak bardzo to wszystko zaczyna być realne. Czułam jak pęka, a ja wraz z nim. Zdałam sobie sprawę, że już nic nie będzie takie samo, że nie stanie się cud i nie ochronię się, a jutro trafię na stół operacyjny. Zrozumiałam, że jutrzejszego dnia tak wiele się zmieni. Będę inną osobą... Tylko czy będę umiała przystosować się do nowej sytuacji? Czy poradzę sobie z tym zmienionym ciałem? Czy jeszcze będę kobietą? Czy Krzysiek będzie ją we mnie widział i czy ja ją jeszcze w sobie zobaczę? Tyle słychać o tym jak ważny jest biust dla mężczyzn, a co kiedy nagle go nie ma? Bałam się, że może przestanę nią być. Kim będę?