Jak się wcześniej spodziewałam, złe samopoczucie po chemioterapii zaczęło się szybko. Już rano zaczęły się mdłości i zawroty głowy podobne do ranka po imprezie przy ostrym kacu z tą różnicą, że to uczucie było zwielokrotnione. Kiedy jechałam do domu każda sekunda stawała się minutą i mimo, że nie było to daleko dla mnie ta trasa nie miała końca, a ja marzyłam tylko o tym by móc już się położyć. Kiedy tak się w końcu stało i trafiłam do łóżka, leżałam tak przez kolejny tydzień nie dając rady nawet rozmawiać. Już próba wydania z siebie dźwięków była jak wspinaczka pod stromą górę. Męczyłam się po jednym zdaniu. Chciałam tyle powiedzieć, ale gdy przychodziło co do czego, poddawałam się i nie mówiłam nic. Również jedzenie było dla mnie przekleństwem,a hałas torturą. To nie było tak, że tak jak wiele pacjentek onkologii opowiadało jedzenie było mdłe i pozbawione smaku. Ja po prostu nie miałam na nie ochoty, męczyło mnie przeżuwanie i samo myślenie o tym co by zjeść.
Moje życie okazało się nagle strasznie puste. Leżałam niezdolna do czegokolwiek w zamkniętym pokoju izolując się od jakiegokolwiek dźwięku i izolując od siebie również synków. Cierpiałam co noc, kiedy mój sześciomiesięczny synek płakał w pokoju obok a ja nie mogłam do niego iść, tak jak w momencie kiedy musiałam odstawić go w ciągu paru dni od piersi by zacząć leczenie. Kiedy dziadkowie uczyli go pić mleko z butelki, a on płaczem wołał mnie, a ja nie mogłam przyjść. Leżałam w drugim pokoju i cierpiałam, że to nie tak powinno być, że chciałabym wziąć go w ramiona i nakarmić dać mu siebie i swoją miłość.
Było mi ciężko. Przerażała mnie myśl, że to dopiero początek i jak źle jeszcze może być. Najgorzej było nocami, kiedy wszyscy kładli się spać mnie męczyły koszmary. Budziłam się przerażona, że umieram. Serce waliło jak szalone, robiło mi się słabo i czułam jakby uchodziło ze mnie życie. Leżałam wtedy bojąc się ruszyć i modliłam się by to nie był mój koniec, by tak moja historia się nie skończyła. Bałam się z powrotem zasnąć by nie umrzeć we śnie. Tak było każdej nocy. Po dwóch tygodniach poczułam się na tyle lepiej by wstać z łóżka. Po tak długim leżeniu przerywanego siadaniem w fotelu na jedzenie przygotowane przez mamę było dość ciężko chodzić. Kręciło mi się w głowie i po kilku krokach dostawałam zadyszki. Przetrwałam. Kiedy było już lepiej razem z Krzyśkiem i braćmi zagraliśmy w pokera. Potrzebowałam odskoczni od przytłaczającego łóżka, a zabawa pomogła mi zapomnieć o moim złym samopoczuciu. Przez chwilkę udało mi się zapomnieć o ciężkiej codzienności. Uśmiechałam się, starałam się żartować. To właśnie wtedy zauważyłam że wyciągam po parę włosów na raz. Nagle wszystko się skończyło, znów zostałam brutalnie sprowadzona do parteru, do rzeczywistości z chorobą. Towarzysze mojej zabawy, również dostrzegli co się będzie działo później, ale starali się to zbagatelizować, udawać, że jest ok, ale widziałam po nich, że ich to również ruszyło, że się wystraszyli... Wiedziałam, że już nie ma odwrotu, że lada dzień nie będę miała ich wcale. Wiedziałam, że stracę włosy które tak uparcie hodowałam, za którymi niejednokrotnie chowałam się w wisielczym nastroju. Rano obudziłam się leżąc na poduszce usłanej moimi własnymi włosami, w ten sam sposób wyglądały też moje ramiona. Ten widok ścisnął mi serce, a oczy wypełniły się łzami. Nie płakałam. Byłam sama z mamą, a z nas dwóch to ja byłam silna. Nie płakałam by nie zranić mamy, by nie zobaczyła jak cierpię. Siedziałam zaciskając powieki, gdy ściągała z mojej pidżamy włosy, kiedy pomagała mi zabrać je również z poduszki. Gdy poszłam do łazienki chciałam usunąć włosy które praktycznie nie trzymały się skóry, prawda kazało się bolesna - taki włosów było ponad 60%. Wyciągałam je po prostu z głowy i wciąż nie było końca. Stanęłam przed lustrem i zobaczyłam moje tak rzadkie włosy, że bez problemu widać było skórę głowy. Zrozumiałam, że okłamywanie się, że to się nie dzieje nie ma sensu. Może to właśnie wtedy zaczęłam swoją pierwszą bitwę z chorobą... Nie stałam schowana za murami, lecz poszłam w jej stronę z podniesioną głową. Pokazałam, że będę walczyć mimo, że będzie ciężko - mimo, że nie sądziłam, że aż tak ciężko. Tego ranka ścięłyśmy moje włosy do samej skóry.Mama popłakała się schowana w pokoju,bym nie zobaczyła jej łez, a ja... kiedy spojrzałam w lustro łzy napłynęły mi do oczu i leciały jedna po drugiej po policzkach. Byłam przerażona widokiem siebie bez włosów, bez mojej jedynej zasłony dzięki której mogłam się schować, ukryć twarz przed złymi oczyma. Teraz zostałam tego pozbawiona. Stałam przed lustrem zaciskając zęby, trzęsąc się z przerażenia... Przestraszyłam się twarzy widzianej w lustrze, twarzy z podkrążonymi oczyma, smutno zerkającymi w moje oczy, twarzy ziemistej i ogolonej głowy. Łzy wciąż leciały, ale ja nie płakałam, płakało moje serce. Stałam tak bardzo długo patrząc w to co widziałam w lustrze. Peruki nie nałożyłam nigdy, nie akceptowałam jej. Czułam się w niej nienaturalnie i głupio. Było mi również nie wygodnie i gorąco. To nie były moje włosy i nienawidziłam jej za to, że próbuje je udawać. Myślę, że ciężej było moim bliskim przyzwyczaić się do ich braku. Mi wystarczyło nie patrzeć w lustro, oni tego luksusu nie mieli. Kiedy do domu wrócił Krzysiek i spojrzał na mnie zeszkliły mu się oczy, ale był dzielny jak zawsze. Jak zawsze moją chorobę opłakiwał w samotności by stojąc przede mną być silnym. By wspierać mnie i nie pokazać jak bardzo się boi. Spojrzał na mnie, na moją głowę bez włosów, które tak bardzo uwielbiał i pocałował mnie w czoło. Powiedział, że mnie kocha i że jestem bardzo dzielna...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz