niedziela, 19 maja 2013
Mimo, że jest ciemno, widzę jego łzy, jego ból i cierpienie. Co jakiś czas powtarza mi, że będzie dobrze, że nie umrę, ale to siebie próbuje o tym przekonać, sam chce w to uwierzyć. Wtedy jeszcze nie do końca docierała do mnie choroba, szalę przeciążył kolejny dzień, kolejne wyniki. Moje kochanie pojechało samo po nie. Czekałam z rodzicami w domu na telefon. Gdy zadzwoniłam był już w drodze do domu z wynikami. Kiedy odebrał, głos miał cichy i taki niepodobny do niego. Słowa już nie były potrzebne.
Szpital onkologiczny był zupełnie inny, niż w moich wyobrażeniach - jeśli jakieś o nim miałam. Przeciskając się wąskimi korytarzami wypełnionymi pacjentami nie czułam nic, byłam jakby poza swoim ciałem, a ta cała próba ratowania mnie wydawała mi się bez sensu, wtedy nowotwór był dla mnie wyrokiem, który zawsze kończył się tak samo, kończył się jak każda historia w filmie. Pamiętam Krzyśka trzymającego moją dłoń i siłę walki jaką podjął za nas. Walkę którą podjął dla nas, dla dzieci. Ja tej siły nie miałam. Nie potrafiłam uwierzyć, że jednak może być dobrze. Nie tym razem. Przez pierwszy tydzień prowadzana byłam z badania na badanie, nie raz ból był nie do zniesienia, ale mnie tam nie było, było moje ciało, umysł był w innym świecie, którego dziś nie jestem w stanie sobie przypomnieć i do dziś dnia nie wiem gdzie on jest. Nie wiem co wtedy myślałam, ale dziś przeraża mnie to, że to był pierwszy raz od dwudziestu sześciu lat kiedy nie miałam w głowie myśli. Tak jak wciąż nie raz nie byłam w stanie zasnąć, bo myśli było więcej niż moja głowa była w stanie unieść tak wtedy nie było ich wcale. Zostałam zupełnie sama, opuściła mnie moja jedyna droga ucieczki przed rzeczywistością. Tylko dłoń Krzyśka trzymająca moją. Tylko ta dłoń trzymająca moje całe życie, nie pozwalająca z niego zrezygnować, jeszcze nie teraz.
Konsultacja u chirurga była dla mnie jak kolejny gwóźdź do trumny. Siedziałam w jego gabinecie na wpół naga, przerażona i zmarznięta, jak pacjent nr 121 tego roku a nie jak Ja. Jak osoba która czuje, która jest przerażona sytuacją w której się znalazła. Diagnoza - mastektomia - pierś do cięcia. Ja- młoda kobieta, żona, matka i chcą mi zabrać pierś. Ja - nawet nie ładna, bez pięknych blond włosów i nóg do sufitu, a oni chcą mi zabrać nawet to dzięki czemu mogę się jeszcze czuć kobietą. Nie byłam w stanie wyobrazić siebie takiej niekompletnej, oszpeconej. Bałam się, że zanim umrę to jeszcze mnie potną, ale wiedziałam też, że jeśli tego nie zrobią umrę jeszcze szybciej. To był ciężki wybór, mimo, że obok dla wielu osób wyboru nie miałam. Ale tak jak bardzo bałam się śmierci tak też bałam się utracić jeden z ważnych atrybutów kobiecości.
Było mi ciężko... ale zrozumiałam też, że mój wybór to żyć bez piersi lub by umrzeć z nią. Kobieta zdrowa powiedziałaby, że nigdy nie pozwoliłaby na usunięcie piersi, kobieta doświadczona, kobieta chorująca mimo, że to ciężka decyzja- podejmie tę właściwą, tę która być może uratuje jej życie. A mąż? Ja dostałam wielki dar od losu. Dostałam bezwarunkową miłość drugiego człowieka, który zobaczył to co jest we mnie. Pokochał mnie za to kim jestem, a nie jaka jestem. Krzysiek od razu podjął decyzję o mastektomii. Zrozumiałam, że dla niego nie jest ważne czy będę miała jedną pierś czy dwie, tylko to bym była.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz